Adventure Jet #2 – Mazury

Ahoj!

Minął miesiąc od naszego przyjazdu na Mazury. Kryształową zamieniliśmy na domek holenderski, rosnące za oknem bloki na jezioro i poznaliśmy trochę innych sąsiadów ;))

13528752_10209299285261238_6408948618613008604_n

W zamian za codzienną rutynę dostaliśmy pakiet nowych doświadczeń. Pośród poznanych tu ludzi ogromna większość jest nam życzliwa i pozytywna, a wyjątki potwierdzają jedynie tę regułę 😉 Przekonaliśmy się, że ściany wyrastają tam, gdzie najmniej byśmy się ich spodziewali, a tu gdzie wydaje nam się, że będą trudności, drzwi najczęściej otwierają się same.

b_101

Wraz z mazurską pogodą, nasze plany weryfikują się z dnia na dzień. Zdążyliśmy w międzyczasie przewrócić łódź do góry nogami, podróżować motorówką MOPR-u w kocu termicznym, nabić sobie kilka bardzo porządnych siniaków, trochę cennych rzeczy utopić, oficjalnie przerzucić nienawiść do komarów (których jest zadziwiająco mało) na wszechobecne wstrętne muchy !!! … ale ;))

codzienność na powietrzu, nad wodą, rzadki dźwięk budzika i widok kalendarza, książka i kawa nad jeziorem, wizyty przyjaciół, tworzenie planów na biegu, dzieciaki, które po locie mówią, że to najlepszy dzień w ich życiu, to ogromne pozytywy bycia tutaj … i póki co nigdzie, ale to nigdzie się stąd nie ruszamy ;))

a tutaj małe podsumowanie naszych ostatnich działań ->

Jednym słowem – chodźcie na Mazury ❤

A&K

Advertisements

Adventure Jet #1

DCIM100GOPROG0045456.

O co chodzi ? Skąd to się wzięło ?

Zacznijmy od początku … skąd wziął się pomysł aby prowadzić bloga. A wbrew pozorom, natchnieniem nie była planowana przez nas podróż poślubna … tylko to, co miało nastąpić po niej.

Kiedy nieco ponad rok temu poczuliśmy silną potrzebę zmian, ale nie bardzo wiedzieliśmy co ze sobą zrobić, szarpiąc się między ukochanym Krakowem a rodzinnym Lublinem, w głowie Kacpra pojawił się bardziej szalony pomysł – kupić hydroodrzutową zabawkę i uciec z nią na dłuższy czas na Wyspy Kanaryjskie.

Stwierdziliśmy zatem, że podróż na wyspy Indonezji, a niedługo po niej – przeprowadzka i początek wyspiarskiego życia to świetny pretekst, żeby pisać bloga.

I tym sposobem relacja z podróży poślubnej powstała, a my z różnych względów, które by Was zanudziły, zostaliśmy w Lublinie 😉

Ale… pozostanie w rodzinnym mieście wcale nie sprawiło, że Kacper przestał myśleć o jetpacku.

Od spontanicznego wyjazdu na targi Wiatr i Woda w Warszawie plany krystalizowały się coraz bardziej i coraz szybciej. Z targów zawędrowaliśmy do niemieckiej miejscowości Itzehoe w oklicach Hamburga aby poznać producenta naszego sprzętu i odbyć pod jego okiem indywidualne szkolenie. I tak oto powstało …

ADVENTURE JET !

1

Itzehoe, Niemcy – szkolenie Jetlev Flyer

19

 JetlevFlyer

4

Itzehoe, Niemcy – szkolenie Jetlev Flyer

Dzięki połączeniu mocy skutera wodnego i specjalnego urządzenia, jakim jest jetpack, każdy może poczuć się jak Iron Man 😉 Cała moc silnika jest kierowana, poprzez kilkunastometrowego węża, wprost do urządzenia, które mamy na plecach. Dzięki temu możemy cieszyć się wysokością i świetnie bawić.

103

Jeżeli udało nam się Was trochę zaciekawić … zapraszamy do wspólnej przygody !!!

W Lublinie szukajcie nas nad Zalewem Zemborzyckim .. 😉

Wszystkie aktualności i informacje znajdziecie też na naszym facebook’u:

https://www.facebook.com/adventurejetpack

More to come … ;)))

122

108

107

112

 

 

March 2013 – Morocco

Chociaż trudno mi w to uwierzyć, minęły już 3 lata odkąd pierwszy raz pojechaliśmy w samodzielnie zorganizowaną podróż, na inny kontynent. Ok, jeszcze 3 lata wcześniej, już w roku 2010, spędziliśmy 1,5 miesiąca w Stanach Zjednoczonych, ale to jednak zupełnie inna historia ;))

DSC_1636

Lotnisko w Agadirze przywitało nas ciepłym powietrzem, a na parkingu oczekiwał już Ahmed, od którego wypożyczliśmy samochód. Niepozorna biała Dacia nieraz nas później zaskakiwała swoimi możliwościami na wyboistych drogach i pozwoliła na dotarcie w miejsca, do których bez samochodu i swobody, jaką nam zapewnił, pewnie byśmy nie dotarli. Poza tym, zabierając ze sobą autostopowiczów, poznawaliśmy życie i zwyczaje ludzi, mieliśmy okazję spróbować domowych marokańskich pączków, poćwiczyć francuski i przekonać się, że czasami pytanie autostopowicza o drogę nie jest najlepszym pomysłem, bo na końcu możesz wylądąwać dokładnie tam gdzie to on – a nie Ty – chciał dojechać 😀

DCIM100GOPRO

DSC_0337

Nasz plan na kolejne 10 dni nie był do końca sprezycowany – chcieliśmy zobaczyć i ocean i góry, i miasta i wsie, i zabytki i tamtejszą naturę. Choć patrząc z perspektywy miesięcznej wyprawy do Indonezji, czasu nie było wiele, to jednak niemal wszystkie cele zrealizowaliśmy, rezygnując jedynie z wyprawy na Jebel Toubkal, najwyższy szczyt Maroka, z powodu trudnych warunków panujących w górach. A że Kacper nie lubi odpuszczać to zdobył go podczas tygodniowej wyprawy w Atlas w sierpniu 2014 🙂

DSC_1364

Essaouira (As-Sawira)

DSC_0485

Legzira

DSC_0685

Sahara

Pokonaliśmy łącznie około 2,500 kilometrów, niemal za każdym zakrętem odkrywając zupełnie nowe krajobrazy. W Maroku w ciągu kilku dni można doświadczyć naprawdę wiele. Można uprawiać przerożne sporty – od kitesurfingu w błękitnej Essaouirze, przez surfowanie w Taghazout, latanie na paralotni nad niesamowitą plażą – Legzirą, po górską wspinaczkę w Atlasie. Można nocować w namiotach na pustyni, do wieczora bawiąc się przy tradycyjnej muzyce, a rano, po wschodzie Słońca wyruszyć dalej i zwiedzić takie zakątki jak Warzazat (znane chyba wszystkim z filmu Gladiator), czy zakręcony i tętniący życiem Marakesz. Można też przypadkiem poznać właściciela luksusowych apartamentów i wielkim fartem nocować w nich za śmieszne pieniądze albo z kolei – zostać naciągniętym przez zaklinacza węży na placu Jemaa el-Fnaa 😉 A jeśli ktoś kocha zwierzęta tak jak ja, to powiem jeszcze, że widok kóz siedziących na drzewach arganowych (!) i wcinających ich liście, wielbłądów stojących przy drodze, które wyglądają jakby uśmiechały się do zdjęć i naprawdę wszechobecnych kotów, jest po prostu fantastyczny 🙂

DSC_0801

Ajt Bin Haddu, osada w pobliżu Warzazat, gdzie kręcono m.in Gladiatora. Teren fortyfikacji nadal zamieszkuje kilka rodzin.

DSC_0976

Dades Gorge

DSC_1212

Marakesz, Jardin Majorelle – niegdyś należący do Yves Saint Laurenta

DSC_1164

Marakesz – Jemaa el-Fnaa

DSC_0068

DSC_0656

DSC_9988

DSC_1287

3

Apetyt na Maroko rośnie w miarę jedzenia. I nie chodzi tylko o obłędne potrawy, słodycze i soki (których ceny są dodatkową zachętą do próbowania). Chodzi o to jak wiele można w tym kraju odkryć i na jak życzliwych ludzi trafić. Gdy przy targowisku w Marakeszu nagle zepsuł nam się samochód, zostaliśmy dosłownie otoczeni przez grupę pracujących tam mężczyzn. Powstał ogromny rozgardiasz, który nas wprawił w lekkie przerażenie. Nie, nie zostaliśmy okradzeni ani oszukani. Nasz samochód został naprawiony, a gdy zaoferowaliśmy zapłatę, Marokańczyk pokręcił tylko znacząco głową i wskazał palcem na niebo.

To chyba wystarczy za podsumowanie 😉

A.

DSC_1112

Przyprawy ❤

DSC_0312

Typowe śniadanie. Uwaga dla pijących czarną kawę – trzeba o tym wspomnieć, inaczej z góry jesteśmy skazani na kawę z mlekiem!

DSC_0276

Tradycyjny tażin

DSC_1635

PS: Podsumowaniem wyprawy do Maroka była zorganizowana 10 maja 2013 roku w krakowskim klubie herbacianym Nie Lubię Poniedziałków wystawa moich fotografii Lights of Morocco. Poniżej mała kompilacja, którą prezentowaliśmy podczas wystawy.

PS2: Następne w kolejce wspomnienia z Chin 🙂

 

Honeymoon last stop – Rinjani Mountain

Od naszego powrotu do Polski minęły już trzy tygodnie, a wciąż nie opisaliśmy ostatniego i jednego z najciekawszych miejsc, które odwiedziliśmy w Indonezji – wulkanu Rinjani.

12112804_1060670477279275_905177220_oWiedzieliśmy, że wyprawa trwa kilka dni, trzeba być uzbrojonym w namiot, bardzo ciepłe śpiwory i ubrania. A ponieważ Kacper ma awersję do podążania za przewodnikiem i grupą, musielibyśmy sami się w to wszystko zaopatrzyć, zadbać o odpowiedni prowiant i wszystko to dźwigać na plecach. Po odwiedzeniu dwóch poprzednich wulkanów uznaliśmy, że może już nam wystarczy i nie ma co przesadzać na koniec ;)) Ta myśl towarzyszyła nam do momentu, aż na wyspach Gili stwierdziliśmy, że nie damy rady już dłużej obijać się na plaży i – idąc na kompromis – wykupiliśmy wycieczkę z przewodnikiem.

Nasza wyprawa zaczęła się od przepłynięcia na wyspę Lombok, tam spotkaliśmy innych członków grupy, dostaliśmy śniadanie i nagle… podchodzi do nas pan i ze stoickim spokojem oznajmia, że dla nas wycieczka w góry rozpocznie się jutro. What ?!

Typowy przypadek – nie liczyło się to, ile w grupie jest faktycznie miejsc, ale ile miejsc uda się sprzedać. A później się kombinuje 😉 Stanowcze trzykrotne NIE wybiło panu ten genialny pomysł z głowy i musiał namówić kogoś innego. My wyruszyliśmy!

Poprowadził nas przewodnik przedstawiający się jako “Mister Di”, a towarzyszło mu kilku “porterów” – chłopców, którzy na swoich barkach dźwigają prowiant, namioty, śpiwory, sprzęt potrzebny do przygotowania jedzenia, razem około 40 kilogramów w dwóch wiklinowych koszach, na stopach japonki, na twarzy uśmiech, papieros na każdym przystanku i beztroskie rozmowy. 6 dni pracy w tygodniu, około 14 złotych za dzień.

12084844_1060670467279276_1658325169_o12112782_1060670353945954_291139022_o

Czekało nas tego dnia około 8 godzin marszu. Na początku przewyższenia nie były duże, szło się raczej spokojnie. Ostatnie dwie godziny były już stromym podejściem po skałach i porządnie nas wymęczyły. Ale widok po dotarciu do pierwszego obozu szybko nam to wynagrodził 😉

12085267_1060670457279277_896576548_o

396Bardzo szybko zrobiło się ciemno i ziiiiimno, a na niebie pojawiła się niesamowita ilość gwiazd. Tego żałuję najbardziej – że ich nie uwieczniłam! Ale pokusa schowania się w namiocie pod dwoma śpiworami wygrała 😦

Drugi dzień wyprawy zapowiadał się bardzo przyjemnie. Po pobudce o 6 i naleśnikach z bananem szybkie pakowanie i droga w dół – do jeziora Segara Anak. Z ogromnych przyjemności czekały nas piękne krajobrazy i odpoczynek w gorących źródłach (bezcenne po 1,5 dnia wędrówki bez prysznica)

12086819_1060670710612585_1785379277_n12092775_1060670737279249_1449790828_nTrochę mniej przyjemna okazała się druga część dnia. Chociaż zapowiadały się tylko 2-3 godziny wspinaczki, ostatni odcinek okazał się okropnie trudny. Ja przyznaję, miałam tam chwile kryzysu ;)) Ale kiedy już dotarliśmy do obozu…

12087610_1060670100612646_762411156_nJuż na początku wycieczki okazało się, że grupa jest bardzo podzielona – jedni szli w bardzo szybkim tempie, inni – zostawali mocno w tyle. Na szczęście “Mister Di” miał swojego pomocnika, który wędrował z “wolniejszą” grupą. My i inne osoby, wędrujący z Di, byliśmy trochę zaskoczeni jego zachowaniem … bardzo narzekał na tych, którzy idą wolno, opowiadał o tym, że nie znosi zwłaszcza prowadzić wycieczek Azjatów, którzy nigdzie nie mogą dotrzeć w jego tempie, członków naszej grupy, którzy zostawali w tyle wręcz namawiał na rezygnację ze wspinaczki na szczyt, po to aby nas nie opóźniali… A przecież nikt im wcześniej nie mówił, że na szczyt trzeba “dobiec” o określonej godzinie, wszyscy za wycieczkę zapłacili tyle samo i chcieli mieć taką samą szansę zdobyć Rinjani. No cóż..

Nocowaliśmy na wysokości 2600 mnpm, w nocy czekał nas zatem kolejny tysiąc aby dotrzeć na szczyt. 3 godziny, jak mówił Di – wydaje się niewiele … Pobudka o 2 w nocy, herbata i wymarsz. A co było przed nami? Stromizna i piach. Piach, piach, piach. 1 krok w górę, 2 kroki w dół. Przepaść po obu stronach ścieżki.

Nie będę oszukiwać, dla mnie była to naprawdę bardzo ciężka trasa. Na szczyt dotarliśmy przed zakładanym czasem, już o 5.30, więc jeszcze pół godziny pod śpiworem czekaliśmy na wschód Słońca. Oczywiście, że było warto. Cholernie warto !!! To była jedna z najlepszych rzeczy, na jaką zdecydowaliśmy się w Indonezji, a ja przy okazji, wspinając się na 3726 mnpm, pobiłam swój życiowy rekord. Dlatego naprawdę polecam wyprawę na Rinjani. Ale pod pewnymi warunkami – trzeba bardzo lubić chodzenie po górach, przygotować się na zimno i niewygody, zapomnieć o prysznicu i menu przy wyborze obiadu ;)) Jeśli to wszystko Wam nie przeszkadza – to Rinjani jest strzałem w dziesiątkę.

12064157_1060670923945897_316395510_n12119737_1060670867279236_513914768_o

12112627_1060670897279233_70187798_o425Filmik z wyjazdu już zmontowany.. pokażemy następnym razem 🙂

Miłej soboty!

A.

Honeymoon 9th and 10th stops – Nusa Ceningan / Gili Trawangan

Wyspy, które odwiedziliśmy po Bali… to są te miejsca, o ktorych marzy się w pracy, gdy za oknem jest szaro i zimno. Gdy myslisz o cieple i pięknej plaży, to chcesz byc wlasnie tam. Gdzie woda jest bardziej niebieska niż sobie to zwykle wyobrażamy. Gdzie ogląda sie bajeczne zachody Słońca, pływa w towarzystwie kolorowych rybek, gdzie po prostu sie odpoczywa, bo czas płynie wolno i przyjemnie i niczym właściwie nie musisz sie martwić!

image

Na Nusa Cenningan można dostać się pieszo lub skuterem z pobliskiej, bardziej zaludnionej Nusa Lembongan, a służy do tego wąziutki, żółty mostek sklecony z desek. Na Gili nie słychać szumu silników i nie trzeba sie obawiać upadku na skuterze – tutejszy transport to bryczki, rowery lub bose stopy ;))

image

image

To wszystko nie oznacza oczywiście, ze trzeba tylko leżeć na piasku i nie rozglądać sie wokół. Małe wysepki tez kryją w sobie troche ciekawostek – na Nusa Cenningan na przykład nagrobki “chronione” sa kolorowymi parasolkami. Sa one z reszta tylko tymczasowymi przystankami dla zmarłych – sluza do momentu, aż rodzine stać bedzie na droga i niezwykle ważna ceremonie kremacyjna. Ilość gości i poziom przygotowań przy tej okazji w naszej części świata kojarzylby sie raczej z weselem, dla mieszkańców tej wyspy jest to jednak uroczystość równie radosna – oznacza ona bowiem, ze dusza bliskiej im osoby stała sie wreszcie wolna.

image

image

Ale nie będziemy sie oszukiwać… głównie jednak leniuchowaliśmy ;))

image

image

image

image

Nie trwało to jednak zbyt długo. W ciagu kilku dni poziom relaksu i przyjemności sięgnął zenitu i musieliśmy sobie zafundować trochę wysiłku i adrenaliny, co w Indonezji oznacza oczywiście…wspinaczkę na wulkan ;))

cdn !

A.

Honeymoon 8th stop – Ubud, Bali

Na wyspie Gili dopiero 9 rano. Mam kawę, piękny widok i spokój dookoła – zabieram sie zatem za wspominanie Ubud ;))

image

Tam nie jest tak spokojnie, jak tutaj. Tam jest żywo, kolorowo, głośno i tłoczno. Ale dla mnie to wszystko jest plusem Ubud. Zakochałam sie w tym miasteczku od razu pierwszego dnia i chociaż spędziłam ich tam kilka, nadal czuje niedosyt. Przechadzając sie tamtejszymi uliczkami, wstępując do galerii, czy do kawiarni, podziwiając widoki, które sa ukryte troszkę głębiej od głównej ulicy, zrozumiałam, dlaczego ludzie z innych miejsc, przenoszą całe swoje życie wlasnie tutaj ;))

image

Procesja w centrum Ubud. Ulice zablokowane, mieszkańcy w tradycyjnych strojach – to nie jest rzadki widok w mieście.

Ubud oferuje mnóstwo możliwości. Nie można ominąć słynnego Monkey Forest i nie dać sobie wejść małpce na głowę ;))

image

image

Małe i ciekawe galerie sztuki i świątynie sa na każdym kroku. Miejscem, które bardzo chciałam odwiedzić było muzeum Antonio Blanco, ekscentrycznego artysty, który tworzył i mieszkał w Ubud, zwanego tez ‘Dali z Bali’. Chciałam obejrzeć jego obrazy, ale muzeum przerosło moje oczekiwania – znajduje sie na malowniczym wzgórzu, sam budynek jest piękny, a otacza go jeszcze ogród pełen kwiatów i egzotycznych ptaków. Nawet Kacper był zadowolony, ze ‘zaciagnelam’ go do muzeum ;))

image

image

image

Spacer na tarasy ryżowe. Wyprawa na plantacje słynnej kawy ‘kopi luwak’. Lekcje yogi. Pokazy tradycyjnych tańców. Wieczory z muzyka na żywo. Spotkanie ze słonikami w pobliskim parku Taro. I mogłabym tak dłużej… Nie wszystkich z tych rzeczy próbowaliśmy, ale coś mi mówi, ze to nie jest mój ostatni raz w Ubud. Jakby ktoś z Was się wybierał, dawajcie znac – od razu pakuje plecak i lecę ;))

image

image

Degustacja na plantacji kawy. Kopi Luwak, czyli kawa, która przechodzi przez układ pokarmowy zwierzątka zwanego cywetą, następnie jest palona i mielona, należy do najdroższych na świecie. Jej ceny w Europie sa niebotyczne a smak… No cóż – sama zawsze dodaje do kawy cukru i mleka, wiec moze ocenę tego aromatu zostawię koneserom 😛

image

W tle Agung -najwyższy wulkan na Bali

image

Tarasy ryżowe w tle a w rękach młody kokos – tutejszy przysmakimage

Uwaga na słonie ❤

image

32-letni słon Ramma ;)) Kazdy słoń w parku ma swojego opiekuna i trenera. Opiekun Rammy, jak sam twierdzi, od 1993 roku spedza z nim więcej czasu niż  z żona i sa najlepszymi przyjaciółmi ;)) W  parku Taro od 1997 roku urodziło sie tylko 4 słoniątka – rozmnażanie okazało sie bardzo dużym wyzwaniem.

Do usłyszenia z innego miejsca!

A.